wtorek, 20 października 2009

With Kitty's approval



NARESZCIE! Mamy stół. Przywieźliśmy wczoraj. Używany. Kupiony za ok. 25 zł bardzo porządny stół z dwoma krzesłami. Po nieudanym zakupie z Jysku (stół nawet nie złożony - krzesło felerne oraz z jedną nogą krótszą!), straciłam nadzieję, że będę mogła normalnie spędzić dzień poza łóżkiem (dotąd w jedynym używalnym pokoju jest sypialnia, co oznacza, że łóżko jest też stołem, sofą i krzesłami). I oto wczoraj zakupiliśmy prześliczny stół. Krzesła wymagają nowych obić, bo są paskudnie brudne i podarte, ale co to dla mnie! Niedługo przyjedzie moja maszyna do szycia (prezent na zaległe imieniny i nadchodzącą Gwaizdkę), więc będzie się działo!
Na zdjęciu widzicie, że stół wraz z uroczystą kolacją (zupa ze szparagów [no dobra, przyznam się, była z torebki] z orzechami nerkowca i grzankami, falafele, pasta humus i czysty pilaw oraz pseudo-tzatziki) został zaaprobowany przez kicię.
Podziwiajcie!

poniedziałek, 19 października 2009

Dnia 17 października...






PIKNIK I HINDUSKIE ŚWIĘTO DIVALI

Śmy sobie piknik zrobili. Bo ciepło było. Wstaliśmy jak zwykle w wolne dni późno. Nie ma opcji, żeby zwlec się z wyrka, skoro wreszcie można się powylegiwać, prawda? I zamiast zjeść jak normalni ludzie śniadanie, a potem obiadek, czy też lunch, postanowiliśmy wziąć jadło i napoje i wyruszyć w nieznane. Gdzieś na obrzeżach Reginy miał być jakiś ładny stawek tudzież jeziorko. Znaleźliśmy inne, bo tamto już najwyraźniej nie istnieje. Trochę nas przestraszyły kule dum-dum na słonia, które znaleźliśmy w trawie - mieliśmy sporą nadzieję, że ich posiadacz nie uzna, że jesteśmy niemile widziani na jego polu.
Ponieważ Misio nalegał, wzięliśmy ze sobą małego stwora zwanego Luną. Stworowi nie podobała się podróż na miejsce pikniku, ale już trawka zdecydowanie bardziej. Poczuliśmy się niepewnie, kiedy na brzegu coś zaczęło szeleścić. Moja pierwsza myśl - szczur. Okazało się jednak, że w odwiedziny przyszedł piesek preriowy. Dał sobie cyknąć parę zdjęć. Jest wielkości małej świnki morskiej mniej więcej. Tylko chudszy.

Wieczorem zostałam zaskoczona wyjściem do świątyni hinduskiej, bo było święto zwane Divali. Hindusi ustalają święta wg. kalendarza lunarnego, więc święta co roku przypadają one w innym dniu. Divali to święto bogini Lakszmi, bogini bogactwa, duchowego piękna i powodzenia, zaznaczające również nowy rok kalendarzowy. Program (bo tak to nazywają), był uroczy. Weszliśmy na koniec pudźy (czyli adoracji bóstwa). Po niej nastąpiły śpiewy - Mantra Gayatri i jej różne wersje, śpiewane przez dzieci ze szkółki przyświątynnej. Potem wystąpiły dzieweczki w króciutkim tańcu-sztuce na cześć bogini Lakszmi. A potem był bhadźan kirtan, czyli śpiewy wspólne - jedną zwrotkę śpiewa prowadzący (przeuroczy kapłan tym razem :P ), a wszyscy powtarzają. Często jest odśpiewywane 108 imion danego bóstwa. Nam to na szczęście zostało oszczędzone, bo o ile uwielbiam kirtany, to głos pani prowadzącej chór wiernych był raczej... dramatyczny. No a potem można było machnąć sobie tacą ze światełkiem przed bóstwami. Ja machnęłam ;) No i wyżerka - prasand, czyli jedzenie, które zostało złożone bóstwom w ofierze. Zabiera się je i się je je, oł je! :) Słodycze indyjskie... MNIOMMMMM
To co najbardziej do mnie przemawia w hinduskim podejściu do religii to a) czczenie danego bóstwa, ale uznanie, że czcimy to konkretne bóstwo w tej konkretnej figurce tylko w tej chwili, wiedząc, że Bóg jest jeden, jest wszędzie i przenika wszystko i b) że tak naprawdę uroczystości to są spędy społeczne, podczas których ludzie siadają razem i gdy kapłan sobie klepie jesteśmy cicho, a potem należy gadać, pytać o krewnych i obgadywać znajomych. No i to żarcie... :)

Namiastka jesieni





No to obiecane fotki. Na pierwszej moja obsesja: dzikie gęsi kanadyjskie. Odlatują już niedługo, więc każde ostatnie gęgnięcie na niebie wprawia mnie w nostalgię i rzewną rzewność. Kliknijta to se powiększyta.
Na! Macie to niebo :) Na drugim zdjątku niebo nad strumieniem. Regina pozazdrościła Saskatoon rzeki i jako stolica prowincji postanowiła sama sobie wybudować rzekę. Piekne jezioro Wascana i park poczekają do wiosny na fotografie, chyba że wydarzy się coś spektakularnie jesiennego. To miejsce naprawdę zasługuje na oddanie mu sprawiedliwości na ładnej fotce. Ale kawałek rzeczki odprowadzającej wodę do jeziorka (a w zasadzie stawu) w centrum miasta możecie podziwiać już teraz. Było zimno jak nie wiem.
Na ostatniej nasz domek od tyłu. Dwa okna na wysokości trawy są nasze. Możecie też podziwiać pupę naszej zardzewiałej Hondy Civic. Przeprowadzamy się z dniem 1 listopada

niedziela, 11 października 2009

The autumn is cancelled!

Nno...
To się wpakowałam. Naopowiadałam wszystkim, że jedyne, co w Kanadzie jest absolutnie nie do pobicia przez Polskę i żaden inny kraj, który widziałam , to niebo. I jesień. I obiecałam fotki tej pięknej, mieniącej się barwami z złotym słońcu Saskatchewan jesieni. I co? I gucio.
Na dzień przed odlotem z Warszawy u nas było ciepło, a w Reginie wręcz upalnie, bo jakieś 25 stopni. 19 września, w dniu 0, myślałam, że może po prostu jestem zmęczona po locie i nerwach związanych z przewozem kota (historia cudownego powitania w Toronto innym razem). Było mi zimno w samolocie z Toronto do Reginy i po wyjściu z lotniska jeszcze bardziej.
Następnego dnia od razu rzuciliśmy się na zakupy, bo w lodówce Misia świeciło pustkami. I też coś nie halo. Jakoś tak bardziej 14 stopni, niż 24...
To była niedziela, a poniedziałek był już jawnie lodowaty, około 7 stopni i deszcz.
A po deszczu przyszła... zima. Cztery dni temu spadł śnieg i... wzdragam się przed wulgaryzmem, ale nie mogę tego nazwać inaczej: piździło. W Kanadzie bardzo ważną rzeczą jest temperatura odczuwalna, ponieważ z powodu silnych wiatrów i różnych interesujących anomalii często różni się ona znacznie od tej, którą pokazuje internetowa prognoza pogody, a zwłaszcza na preriach. A więc na przykład w piątek dnia pańskiego 8 października, skubany wiatr piłował do -12, a temperatura podana na dzień była -2. Czad. A czapy i rękawiczki pochowane... Wszyscy saskaczełańczycy są zdumieni zimą w październiku i to tak nieprzyjemną. Ponoć przypomina to bardziej fatalna pogodę styczniową niż cokolwiek innego. Chociaż umówmy się - ja można się dziwić zimie w prowincji kraju, w której zima trwa cholerne 6 miesięcy bez mała.
Dziś troszkę cieplej, ale wczoraj mimo +2, wiatr mało mi nie wyrwał twarzy i rąk, zanim wbiliśmy się do maleńkiej restauracji na pandźabski obiad po taniości.
So there you go... zdjęcia na razie są w mojej komórce, z którą wciąż nie umiem się obchodzić, więc musicie poczekać.
A warto czekać, bo Regina w odróżnieniu od Saskatoon jest naprawdę urokliwa. Miejscami (żeby nie było, że mi się tu za bardzo podoba :P )

Maleńka przerwa

No tak... zrobiła mi się maleńka przerwa między wpisami...
W międzyczasie spędziłam 3 miechy w Kanadzie, potem miesiąc między grudniem a styczniem i tydzień w kwietniu. Wciąż nie byłam przekonana, czy lubię Kanadę (z nastawieniem, że nie, nie chcę tu mieszkać itp. itd.)
A teraz? Wylądowałam tu na jakiś rok i nie mam wyjścia :)
Postaram się podawać raporty najbardziej nieobiektywnie jak się da i zobaczymy, co z tego wyjdzie.