niedziela, 29 czerwca 2008

Do Vancouver


Wylot o 7:50 rano i frenetyczne przepakowywanie się na lotnisku w dwie torby - genialne linie lotnicze Air Canada do boju! Można zabrać nie jedną, ale DWIE torby o wadze 23 kg każda. Smutne, bo ja miałam jedną walizę, która ważyła ponad 33 kg. 10 kg nadbagażu, 60 zł za kilo to wynosi... - nie ma opcji, przepakowujemy do zakupionej na lotnisku torby (dzięki Krzysiu! Jesteś wielki!).
Po wkroczeniu w strefę bezcłową usiłowałam zakupić adaptor prądu. Zapłaciłam post-PRLowskiej sprzedawczyni ponad 100 złociszy. Omal się nie spóźniłam na samolot. W Vancouver okazało się, że adaptor nie działa.

Przesiadka na Heathrow. Czuję do siebie głęboką niechęć z tego powodu, ale muszę to przyznać - o niczym tak nie marzyłam podczas lotu jak o pysznej kawie w Starbucks Cafe i czekoladowym muffinku. I to dokładnie dostałam.
Udało mi się też kupić drugi adaptor (dzięki Bogu za moją asekuratywność).
Strasznie nie chciałam wsiadać do samolotu do Kanady. Coś mnie ciągnęło na zewnątrz, do Londynu, żeby pozwiedzać, odwiedzić stare śmieci i starych znajomych... Mimo, iż Heathrow ma paskudną opinię, nie doświadczyłam ani jednej nieprzyjemnej sytuacji, Brytole wyłazili ze skóry, żeby być mili (jak zwykle zresztą, sektor usług jest w tym kraju po prostu jak marzenie).

Lot do Kanady miał trwać jakieś 9 godzin, o ile się nie mylę, i był dosyć przyjemny. Wygodne siedzenia, karmili nas w zasadzie co 2-3 godziny, uszami wychodziło, każdy miał swój własny ekranik z jakąś absurdalną ilością filmów do wyboru, czyli na nudę nie można było narzekać.
Dwie rzeczy nieprzyjemne podczas lotu to odwiedziny w ubikacji - omal nie dostałam zawału spuszczając po raz pierwszy wodę. Myślałam, że mnie zassie i że mi eksplodują bębenki.
Druga to dziwne uczucie, że lecimy do tyłu. Przeszło mi po około godzinie.
No i nie zapominajmy o kompletnym braku logiki całej sytuacji - atak paniki murowany - co ja w zasadzie robię? Chyba mi kompletnie odwaliło, żeby lecieć taki kawał świata! Na pomoc! Ja chcę wracać!

Vancouver powiało mnie kompletnym falstartem. Jeszcze na Heathrow zamieniłam parę słów z panem Krzysztofem z Polski, który jechał "do przyjaciół" w Vancouver. Ponieważ w zasadzie nie znał angielskiego zaoferowałam pomoc, jeśli będzie potrzebna. Pomogłam mu wypełnić deklarację i kiedy podszedł do celnika czekałam, czy mnie nie zawoła. Zawołał mnie celnik. Spytał czy jesteśmy razem i kazał czekać na swoją kolej. Pan Krzysztof był pod ostrzałem przez dokładnie 1 minutę.
Z kolei mnie ten sam celnik przepytywał ponad 5 minut, pytając nawet o uczelnię w Polsce i co zrobię, jak skończą mi się pieniądze, wchodząc w takie detale, że miałam ochotę mu powiedzieć, żeby się odczepił. Bardzo nieprzyjemne doświadczenie.

Po przekroczeniu granicy celnej musiałam znowu przepakować torby do jednej, postanowiłam zdobyć kartę telefoniczną i zadzwonić do domu, zapytać o kilka rzeczy w Air Canada przed odlotem za dwa dni, zadzwonić do Alex (koleżanki, która mnie gościła w Vancouver) oraz dowiedzieć się, jak mam się dostać autobusem do centrum. Z tych wszystkich czynności tylko telefon do Alex zajął mi mniej czasu i kosztował mnie certolenia się niż 5-10 minut. Biura Air Canada szukałam ponad 10 minut, zwiedziłam przy okazji całe bez mała lotnisko i porozmawiałam z kilkoma nieprzyjemnymi paniami. Obsługa w sklepach denna, patrzą na człowieka jak na kosmitę, gorzej niż w Polsce. A myślałby kto, że to kraj bardziej cywilizowany. Karta nie działała. Nie mogłam wykręcić numeru. Potem nie chciało mnie połączyć, nigdzie nie napisali, jak wykręcać numer i że nie można zadzwonić na komórkę. Zadzwoniłam do informacji i pani, którą sam głos powinien zdyskwalifikować jeśli chodzi o pracę w call centre, oznajmiła że muszę inaczej wykręcić numer. Wykręciłam inaczej i wciąż nic. Zadzwoniłam więc do niej raz jeszcze i tym razem usłyszałam, że coś musi być nie tak z liniami telefonicznymi w Polsce. Odpowedziałam, że byłoby to możliwe ze 20 lat temu, ale teraz raczej wątpliwe. Koniec końców nie dodzwoniłam się do domu, nie dodzwoniłam się też do Saskatoon.
Wściekła nad wszelką miarę poszłam na autobus, na który musiałam poczekać ponad 20 minut, nie wiedziałam, gdzie mam wysiąść dokładnie i co dalej.
Vancouver na drodze od lotniska było brzydkie i poza dużą ilością zielonego, nie różniło się w zasadzie od Warszawy. Phi - pomyślałam - i to ma być ten cudowny kraj? To jest ta Ameryka Północna? Kanadyjski sen? Nagle zielone się skończyło i zostałam z jednej chwili otoczona przez masywne, strzeliste wieżowce - jeden na drugim. Zero drzew, zero zieleni. FUUUUUUJ!!!

Wysiadłam i postanowiłam zadzwonić do Alex, żeby dopytać, gdzie mam się udać. Budki telefonicznej szukałam ponad 10 minut ciągnąć za sobą ciężką walizę i ciężki plecak. Budka telefoniczna? W tamtym budynku. Tylko że nie wejdę do niego, bo drzwi obrotowe nie uwzględniają ludzi z wielgachnymi walizkami.
Po dłuższym czasie znalazłam budkę i zadzwoniłam. Alex odetchnęła, bo już się niepokoiła o mnie. Kazała udać się na przystanek pod budynek Hudson Bay.
Udałam się. Ale przystanek się nie udał, bo był czasowo skasowany.
Nie wiedziałam, który przystanek jest tam zamiast niego. Więc stanęłam jak durna na skrzyżowaniu i postanowiłam stać i czekać na zbawienie.
Zbawienie nadjechało samochodem, ale nie udało mi się wskoczyć, bo torby, więc zbawienie musiało objechać pół centrum dookoła, żeby zawrócić i podjechać raz jeszcze.

W wymiętym śmierdzącym ubraniu, zmęczona, wściekła i rozczarowana zostałam zaproszona do restauracji przez rodziców Alex na słynnego łososia z British Columbii. Oraz pyszne wino rodzimej produkcji.
Ufff...